Późne popołudnie na pewnym wilgotnym, mrocznym poddaszu. Niknący w oparach stęchlizny blask świec ujawnia trawioną przez siódme pokolenie korników podłogę. Dwie zgarbione postacie płci niewiadomej, o podejrzanie rozszerzonych źrenicach, nerwowo ściskają w dłoniach mocno wysłużone, sześcienne kości do gry. Pomiędzy nimi roztacza się krajobraz przykucniętej na dwunogim stołku i łkającej skrycie rozpaczy: skupione masy stalowych i plastikowych żołnierzyków wszelakich kształtów, wymiarów i kolorów zalegają jedyny skrawek strychu wolny od pamiętających wojny napoleońskie szpargałów lub też zwyczajnych śmieci. Miniaturowe podobizny niezłomnych wojaków z odległej przyszłości wydają się dokładać wszelkich starań, by nie usnąć i nie stoczyć się w otchłań jednej z wielu dziur, podczas gdy jeden z długowłosych osobników wyda kolejny rozkaz. Mgła spowijająca pole bitwy nieprzeniknionym całunem zdawała się tak gęsta, że znudzeni siepacze nerwowo wymachiwali wyszczerbionymi toporami z nadzieją na choćby niewielki odłamek tej lepkiej, acz wilgotnej substancji. Apatia ogarnęła wszystkich zielonoskórych spragnionych świeżej krwi i adrenaliny uderzającej do przestrzeni, w której zwykł znajdować się mózg. Nawet czyszczenie wielkich luf miotaczy ognia przestało spełniać swoje zadanie – nie zabijało dłużącego się niemiłosiernie czasu. Tymczasem Wielki Boss od wielu godzin wpatrywał się w dal nieobecnym wzrokiem swych łzawiących implantów z wyprzedaży.
***
- No ruszysz się, motyla noga, czy mam to zrobić za ciebie? - jedna z postaci nagle się wyprostowała i przerwała nastrój sprzyjający kontemplacji.
- Poczekaj z łaski swojej, nie widzisz, że myślę? - kątem-plujący kompan nie dawał za wygraną.
- A żeby cię wszyscy diabli!
Nie zastanawiając się wcale, mąciciel spokoju i klimatu rzucił się na swego towarzysza i z siłą godną Chaplain'a wydarł mu tłamszone w ręku kości, po czym cisnął nimi niedbale w kierunku wytrwale oczekujących końca świata regimentów.
***
Nieznośna mgła w przeciągu chwili nabrała barwy krwi, by niemal w tym samym momencie rozstąpić się pod naporem dwóch gigantycznych, płonących brył sunących z niebywałą prędkością w stronę oddalonych o kilkadziesiąt metrów oddziałów Kosmicznych Marines. Zdezorientowani wojownicy Imperatora pierzchli w różnych kierunkach, lecz ich wysiłki okazały się jedynie marną próbą stawienia czoła boskiej potędze. Mknące pociski z niebios żłobiły głębokie leje w glebie wysuszonej przez wieloletnie wojny, by z impetem wbić się w formacje strzeleckie zakonu Ultramarines i splunąć strumieniami płomieni we wszystkich kierunkach.
Herszt Kosmicznych Orków tylko na to czekał. Z mrożącym krew w żyłach okrzykiem i powalającym swą potęgą oddechem zerwał się z miejsca i wraz z luźnymi bandami Chłopakuf ruszył na odwiecznych przeciwników jednocześnie wskazując pobratymcom upragniony znak: na obu niebiańskich pociskach jarzyły się symbole boga Waaagh! Zapowiadał się krwawy dzień!
***
- Dwie szóstki, nieźle!
- Ma się tego farta. Teraz twój ruch.